|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Yo no soy marinero....
Mam etap entuzjazmu pod tytulem rozumiem coraz więcej. Mogę już powiedzieć kto jest kim w mojej rodzinie, gdzie mieszka, ile ma lat (nooo, to ostatnie może, jak będzie mi się chcialo wkuć liczebniki…), co ja robię rankami, a co wieczorami. Teraz szukam tylko sposobu na to, by zmotywować się do codziennego kontaktu z językiem. Jedno ćwiczenie i jedno słówko. Jak to łatwo powiedzieć, a jak trudno wykonać…. Póki co zeszyt z książką wylądował na półeczce przy moim łóżku. Może jak częściej będę się natykać na materiały do nauki, częściej będę do nich zaglądać... A tymczasem hiszpański dopada mnie nawet na dyskotece. Jak widać uczyć się można wszędzie: Lala lala bamba (…) no soy marineo.... soy capitan, soy capitan.... Nie jestem marynarzem, jestem kapitanem. Czyli nie byle kim. Soy capitan, sou capitan.... piątek, 29 października 2010, starshine
|