Mam etap entuzjazmu pod tytulem rozumiem coraz więcej. Mogę już powiedzieć kto jest kim w mojej rodzinie, gdzie mieszka, ile ma lat (nooo, to ostatnie może, jak będzie mi się chcialo wkuć liczebniki…), co ja robię rankami, a co wieczorami. Teraz szukam tylko sposobu na to, by zmotywować się do codziennego kontaktu z językiem. Jedno ćwiczenie i jedno słówko. Jak to łatwo powiedzieć, a jak trudno wykonać…. Póki co zeszyt z książką wylądował na półeczce przy moim łóżku. Może jak częściej będę się natykać na materiały do nauki, częściej będę do nich zaglądać...
A tymczasem hiszpański dopada mnie nawet na dyskotece. Jak widać uczyć się można wszędzie:
Szukając ciekawych materiałów do nauczania angielskiego, natknęłam się na lekcję angielskiego dla początkujących z hiszpańską narracją. Ależ bylam z siebie dumna, kiedy małą część tej hiszpańskiej narracji rozumiałam. Wiadomo, słowa byly proste, pani mówiła powoli i do kamery. Ale zawsze. Jaka to frajda, kiedy gdzieś w prawdziwym życiu, poza lekcją zrozumiem kawałek hiszpańskiego świata. Chyba częściej muszę próbować takiego kontaktu z hiszpańskim poszukiwać... Częściej będę wtedy dumna i blada, a dumnym i bladym jak wiadomo bardziej się chce uczyć, bo widzą postępy...
Muszę chyba częściej zostawiać książki na wierzchu. Podczas ładowania się starego lapciaka można niespodziewanie nauczyć się średnio około trzech słówek. Kolejne słówko można wynaleźć przed snem, jeszcze jedno, kiedy gotuje się woda na herbatę. Wszystko to jednak zakładając, że książki naprawdę nie leżą w ostatniej szufladzie najbardziej odległej komody.
Kolejnym pomysłem na naukę słówek jest wprowadzenie zasady, że uczę się jednego słówka dziennie. I zacząć od dzisiaj. Koniecznie od dzisiaj.
Na moim hiszpańskim tymczasem staram się przyzwyczaić do nierozumienia. Nauczycielka (i chwała jej za to) mówi do mnie po hiszpańsku, a ja rozumiem co piąte słowo. Zakładając oczywiście, że używa słów bardzo prostych. Ale jakąż satysfakcję mam, kiedy zrozumiem sens jej wypowiedzi. Ba!
Lubię nowe książki, lubię zapach farby drukarskiej, lubię kolorowe obrazki.
Zastanawiam się tylko, jak, mimo dużej ilości zajęć i pracy, nie stracić zapału do nauki. Zawsze tak przecież jest. Początek roku, nowy zeszyt, nowa książka. Świeżutka, prosto z księgarni. Wszystko pachnie nowym, ciekawym, wszystko fascynuje. Za miesiąc nauka na pewno spowszednieje, książka nagle stanie się stara, trudna, zadania domowe będą pewnie tylko obowiązkiem, który trzeba będzie gdzieś zmieścić w grafiku. Jak to zrobić, żeby zapał nie okazał się słomiany i starczył na cały rok szkolny? Może macie jakieś pomysły?
Kontynuuje poszukiwania muzyki hiszpańskiej. A warto, bo
1. Chodzę i śpiewam. Po hiszpańsku.
2. Musiałam, musiałam po prostu wyciągnąć od Oli informację o tym, czemu Me gustas oznacza "Ja lubie", kiedy Ja to przecież yo. (Teraz już wiem. Gustarse jest czasownikiem zwrotnym, a odmienia się zależnie nie od tego, kto lubi, ale kogo lubi. (Stąd Me gusta marihuana, ale me gustas tú). A zależnie od tego, kto lubi odmienia się zaimek zwrotny.) Ja to musiałam zrobić. To był imperatyw. A jak inaczej jak nie muzyką osiągnęłabym sytuację, w której poznawanie gramatycznych regułek jest imperatywem???
3. Chodżę już od kilku dni i zastanawiam się, co ja lubię.
Me gusta mi sofa. Me gustan los vacaciones.... (Lubię moją sofę. Lubię wakacje) I tak dalej....
Kilka dni temu usłyszałam w radiu hiszpańską piosenkę. (pan Cejrowski zdecydowanie powinien grać więcej muzyki, a mówić mniej). Zrozumiałam refren. Natychmiast zachciało mi się żyć, wstałam z łóżka i zabrałam się za hiszpański. Wow. Czyli nauka coś jednak daje.
Tego pan Cejrowski nie zagrał:
ale ja, zachęcona faktem zrozumienia przez siebie refrenu, pomyślałam, że szanse na wmówienie sobie, jaka to ja jestem zdolna, zwiększą się, kiedy zabiorę się za stare festiwalowe piosenki: Wyraźna artykulacja pani śpiewającej i treść pięknie podsumowana w refrenie: lalala. I jeszcze sentyment mój do tego rodzaju zaśpiewów też miał tu conieco do powiedzenia.
Zrozumiałam Yo canto a la mañana. I jeszcze jakieś madre w drugiej zwrotce. No i lalalala oczywiście. Po zapoznaniu się z angielskim tłumaczeniem zrozumiałam nawet pozostałe 95% tekstu (przy czym "po" w tym zdaniu jest niewątpliwie słowem kluczowym...). Jestem z siebie dumna.
Teraz chodzę i śpiewam: Yo canto a la mañana....,
Czyli pani Massiel i festiwal Eurowizji za darmo nauczą mnie kilku słówek.
Wniosek: Motywacja do zaglądnięcia do książki i kontaktu z językiem nie musi być ambitna. Byleby była motywująca.
Czasu mam coraz mniej, zapał coraz mniejszy, a tymczasem przybywa słówek. Zaczęłam się dlatego zastanawiać, jaki znależć sposób na ich opanowanie.
- Zrobić pstryk i zobaczyć, czy podziała. Jak nie podziała, szukać innej metody.
- Lepszy kontakt krótki a często. Zauważyłam, że kiedy znajdę choć chwilę na hiszpański kilka razy ciągu tygodnia, efekt na lekcji jest później dużo lepszy, niż kiedy raz usiądę na godzinę. Może więc postanowić sobie, że codziennie będę się uczyć jednego słówka? I zauważyłam, że jeżeli słówka mam w jednym miejscu, jakoś mniej mi uciekają. Może więc dobrym rozwiązaniem będzie założenie sobie zeszytu, zapisywanie wszystkiego i częste do tego wracanie?
- Fiszki. Po jednej stronie słówko polskie, po drugiej hiszpańskie. Patrzę na polskie, usiłuję przypomnieć sobie hiszpańskie. Kiedy hiszpańskie zgadnę, fiszkę odkładam na bok. Kiedy pamięć zawodzi, fiszka lądują na dnie trzymanej w ręce kupki. Potem zostają więc tylko słowka, których nie umiem i powtarzam je tak długo, aż ich się nauczę. Zaleta metody jest taka, że nie wpatruję się bezsensownie w kartkę papieru ze słówkami napisanymi w obu językach, myśląc jednocześnie o czymś zupełnie innym. Nie tracę poza tym czasu na czytanie tych, które już umiem. Wada jest taka, że słówka trzeba najpierw jakoś na fiszki nanieść.
Jeżeli bardzo nie będzie mi się chciało fiszek na kartoniki nanosić (choć pisząc sie uczymy, no ale jak leń to leń. Jego też trzeba pokochać), można wybrać się do POLANGLO bądź innego sklepu sprzedającego wszystko do nauki języków i tam fiszki zakupić.
A jak znudzi mi się przepisywanie słówek ręczne, mogę skorzystać z fiszek internetowych. Na przykład na Supermemo.net. Zaleta SuperMemo jest chociażby taka, że program nie tylko działa jak fiszki, ale i planuje (według wypracowanego podobno przez naukowców algorytmu) wysten powtórek.
- Wkladać słowka gdzie sie da - swego czasu miałam ksiązki i płyty poobklejane angielskimi słówkami i formami czasowników. Może warto do tego wrócić? Inne miejsca to ściana, lodówka, drzwi, szafki.... Gorzej tylko, że nie zawsze ma się to ochotę oglądać i czasem potrzeby estetyczne są silniejsze niż te naukowe...
- Układać ze słówkami zdania. O sobie, o innych, o wymyślonych przez siebie kosmitach. Im zdania głupsze i bardziej szalone tym lepiej. Zapamiętywać z ksiązki całe zdania. (Soy abogado), chodzić potem z takim zdaniem i mówić je głośno co kilka godzin.
- Kojarzyć. Skojarzenia, jak wyżej, im bardziej odjechane, tym lepsze. O, na przykład mujer (czytaj muher) to kobieta, która na pewno ma na głowie beret. Muherowy. Stąd mujer = kobieta. Jeżeli skojarzenie nie jest aż tak oczywiste, zawsze można pomóc sobie wyobraźnią i włączeniem do zabawy kilku zmysłów.
Córka taka na przykład: hija (czytaj iha) jakoś mi się z ihaha kojarzy (tym paszczowym odgłosem wydawanym przez konia). Dziecko rodzaju żeńskieego. A więc taka dziewczynka co może robić? Może sobie jeździć na koniku i krzyczeć ihahahaa. Żeby śmieszniej było, konik może być różowy (córeczki wszystkie mają różowe zabawki w końcu nie?) w fioletowe gwiazdki. Konik robi ihaha i dziewczynka robi ihaha. Bardzo ważne jest by oczami wyobraźni to ihaha i różowego konika usłyszeć i zobaczyć. Konik może pachnieć jeszcze, wszystkie zmysły włączamy w końcu. Czym może pachnieć? W wersji bardziej naturalistycznej, pachnie konikiem. W wersji mniej naturalistycznej pachnie ciepłą szarlotką. A jak! Ihahaaha:)
- Obrazki. Większość ludzi ma pamięć wzrokową. Kiedy więc narysuję sobie (lub wydrukuję z picassy/znajdę gdzieś obrazki w gazecie, bo na przykład zwątpię w moje zdolności artystyczne....) obrazki ładne na przykład z układem pokoi w domu i potem je popodpisuje, jest szansa, że w głowie słówka choć trochę połączą mi się z tymi obrazkami.
- Przepisywanie słówek. To dla tego kinestetyka we mnie, którego trochę chyba jest. Można przepisywać słówka do ładnego zeszytu kolorowymi pisaczkami. Można też przepisywać po sto razy gdziekolwiek. Choćby w mejlach do znajomych.
- Siąść i wkuć bez zbędnego marudzenia (ta metoda zdecydowania najmniej mi się podoba....)
- Poddać się i przyznać, ze to za dużo i za szybko. Czasem bierzemy sobie na głowę nawał materiału, nie bacząc na możliwosci, czas i potrzebę. Udawadniamy sobie i innym. Ja dam rade, ja sie nauczę lepiej niz oni wszyscy. A tymczasem zapału starcza na dwa tygodnie. Tak jak mi.
wczoraj w nocy ogarnęła mnie przemożna chęć sprawdzenia odmiany słowa ser (być)
(yo) soy, (tú) eres, (Él, Ella, Ud.) es (Nosotros/as) somos (Vosotros/as) sois (Ellos/ellas/Uds.) son
Ale zwyciężyła niestety siła zwana grawitacją poduszkową (siła działająca zwykle na ciało w pozycji horyzontalnej, choć na niektóre ciała działa niezależnie od pozycji. Nie trzeba dodawać, że jest dużo silniejsza niż pospolita grawitacja ziemska...) i ponieważ w zasięgu machnięcia ręką nie było podręcznika do hiszpańskiego, zasnęłam z myślą o tym, czy vosotros i son ze sobą idą w parze, czy nie. Nie idą. Sois.
Wniosek: muszę trzymać hiszpański na wierzchu. Chęć sprawdzania deklinacji czasowników nie nachodzi mnie tak znowu często, trzeba z niej korzystać, póki nie minie.
Wiem już nareszcie, jak się odmienia, przynajmniej w deklinacji pierwszej drugiej i trzeciej. Bezokolicznik kończy się na –r, llamarse okazało się być czasownikiem zwrotnym. (Jak w każdym dobrym kryminale jeden z bohaterów okazuje się być kimś zupełnie innym, niż wszystkim się wydaje).
Dostałam teorię odmiany z ćwiczeniami. Lubię takie ćwiczonka. Tabelka, ładnie wyłożona teoria. I dziesiątki przykładów. Poodmieniałam sobie. Zadowolona jestem.
Teraz tylko namnożyło mi się nowych słówek. Jeszcze nie wiem, jak się ich nauczyę. Nie znoszę zakuwania słówek. Ktoś może ma jakiś pomysł?
Nie chce mi się uczyć odmiany vivir, ale zafascynowała mnie odmiana czasownika w ogóle. Przecież tam musi być jakaś reguła. W książce wypisali na razie odmianę llamarse, trabajar i vivir. To podobno bezokoliczniki. "Nazywać się", "pracować" i "żyć". Nijak nie jestem w stanie tej odmiany rozgryźć. Jak ja te bezokoliczniki potem rozróżnię w ogóle? Skąd będę wiedziała, że coś jest bezokolicznikiem, a coś inne nie? Wypisałam sobie możliwe końcówki dla każdej z osób, ale to chyba nic nie pomoże. Bezokolicznik llamarse kończy się na e, i „on mieszka” vive, też kończy się na „e” Odmian pewnie jest więcej niż te trzy nieszczęsne czasowniki. Czekam więc z napięciem na ciąg dalszy. Niczym w dobrym kryminale. Fascynuje mnie to. Czy ja jestem normalna?
Wniosek
A może właśnie potraktować naukę języka jak dobry kryminał? Końcówek czasownika i tak trzeba się będzie nauczyć, więc może przynajmniej wprowadzić do tej nauki odrobinę emocji? Sposobem na to może być chociażby włączenie ciekawości. Im bardziej zaangażuję się emocjonalnie i zaciekawię, tym lepiej mi to potem wejdzie do głowy.
Mądrzy tego świata wiedzą podobno, że nic nie wiedzą. Ja wiem, że nie wiem, jak odmienia się czasownik i chcę się tego dowiedzieć. Za każdym razem, kiedy uczysz się samodzielnie, rób listę rzeczy, których chcesz się dowiedzieć. Im więcej zadajesz pytań, tym więcej otrzymasz odpowiedzi.